Jutro jesień, a zatem nie tylko urlop, ale i wakacje już za nami. Dziecko wróciło do szkoły, a nasze życie do normalnego trybu. W tym roku znowu mają strasznie dużo zajęć – dwa razy w tygodniu 8 lekcji, dwa razy 7 i raz 6. Nie naciskam go na żadne zajęcia dodatkowe, bo widzę, że i tak przychodzi zmęczony. Tym bardziej, że dzień coraz krótszy, a robienie lekcji po nocach to nic przyjemnego. Jedyne czego pilnuję, to żeby rozumiał wszystkie lekcje i nauczył się słówek z angielskiego i niemieckiego, żeby nie narobił sobie zaległości. Cóż poza tym w szkole? Segregacja trwa – dzieci są dzielone na grupy lepszych i gorszych, przy czym te lepsze otrzymują różnego rodzaju nagrody za to, że są lepsze, a gorsze spycha się na margines do roli tych wiecznie „goniących”. W zasadzie mam to gdzieś. Już chyba tylko w szkołach wierzy się w to, że jak masz dobre oceny to znajdziesz dobrą pracę, a jak złe to będziesz kiepsko zarabiać, albo w ogóle zostaniesz bezrobotnym. W ogóle nie uczą dzieci przedsiębiorczości, współpracy i otwartości, tylko rywalizacji, a ta jest dobra może dla początkujących pracowników doginających w korporacjach, ale jak człowiek po kilku latach zmądrzeje, to już wie, że to droga co najwyżej do wypalenia albo nerwicy. Staram się więc wpoić w moje dziecko, że ma wiedzieć co chce w życiu robić i do tego dążyć, a szkoła ma być tylko jednym z etapów jego drogi, bynajmniej nie najważniejszym. No i hit ostatnich dni: chodzą słuchy, że w tym roku szkolnym będzie mało dodatkowych wolnych dni. Jakoś tak się ułożyły dwa listopadowe święta, że żadnego długiego weekendu nie będzie, w maju wypadną tylko 4 dni wolnego, ale najważniejsza potencjalna zmiana to lekcje w okresie bożonarodzeniowo – noworocznym… W zeszłym roku szkolnym to fakt, że było bardzo dużo wolnego, a w okresie świątecznym bodajże 2,5 tygodnia. W tym szykują się zmiany. Jeśli to prawda, dzieciaki będą niepocieszone…